Recenzja filmu Artysta

Są pewne filmy nieprzyswajalne dla przeciętnego widza, który od małego karmiony jest popcornem.

Są to filmy określane mianem „ambitnych”, które poza oryginalnym i znaczącym przekazem zawierają też specyficzną formę, która nie tylko wzmacnia treść, ale też sama w sobie jest treścią i częścią dzieła. Twórcy „filmu ambitnego” nie silą się na to by film podobał się szerokiej widowni, ale jednocześnie nie łamią na siłę wszystkich reguł.

„Artysta” takim filmem nie jest. „Artysta” jest filmem, który udaje kino ambitne. Odróżnia się oczywiście od większości rozrywkowych produkcji, ale w sposób kontrolowany. Na tyle by niewprawny widz nie odczuł dyskomfortu i mógł spokojnie obejrzeć do końca ponad półtorej godziny czarno-białego, niemego filmu.

Fabuła przedstawiona w Artyście to historia George’a Valentina, gwiazdora kina niemego. Lata 20. XX wieku, Stany Zjednoczone. George Valentin poza tym, że jest bożyszczem tłumów, w swojej próżności uważa się za pełnowymiarowego artystę. Wykazuje bezwzględnie negatywny stosunek do rodzącego się właśnie kina dźwiękowego, które niebawem ma całkowicie zastąpić filmy nieme. Jego zdaniem dźwięk w filmie jest jedynie zabawką, niegodną miana prawdziwej sztuki. Jednakże nikt nie przejmuje się zdaniem George’a na tyle by zatrzymać postęp technologiczny. Nowa moda sprawia, że dotychczasowy bohater traci swa pozycję.

Mamy zatem klasyczny schemat fabularny. Widziany wcześniej w wielu filmach o gwiazdach kina, estrady, teatru, zapasów, polityki… Mówię tu zarówno o filmach biograficznych jak i będących w stu procentach fikcją literacką: idol(żeby nie powiedzieć „autorytet”), traci uznanie i pozycję, po czym musi się odnaleźć w rzeczywistości zwykłych śmiertelników. Jest także watek romansowy, ale podobnie przewidywalny (bo według znanego od pokoleń schematu), jak wątek kariery.

Nie mogę jednoznacznie powiedzieć czy wspomniana schematyczność jest wadą. Mimo wszystko Artysta nawiązuje do tradycji kina hollywoodzkiego. Tym samym zastosowanie tych schematów może być niczym innym jak aluzją do tamtych czasów i produkcji. Być może nagromadzenie aż tylu schematów miało wywołać nostalgię za dawnym kinem, a zarazem stanowić pastisz hollywoodzkiego dorobku. Jakkolwiek by nie było, możliwość przewidzenia dalszego ciągu nie zabija przyjemności z oglądania.

Mówiło się o Artyście, że jest idealną podróbką filmu niemego. Fakt, reżyser i scenarzysta Michel Hazanavicius bardzo zręcznie zastosował wszystkie zabiegi zmierzające do tego by film wyglądał tak jakby był powstał w tamtych latach. Poza brakiem kolorów i dźwięków następującym po stylizowanej czołówce, warto zwrócić uwagę na charakteryzację aktorów, zwłaszcza Jeana Dejardina, który wygląda jak amant, żywcem wyjęty z początków kina oraz na sposób filmowania i scenografię.

Zabiegi są odpowiednio wyważone. Aktorzy nie grają aż tak ekspresyjnie, jak to robili Pola Negri czy Rudolph Valentino, ale to zauważą tylko ci, którzy oglądali filmy stricte nieme. Także technicznie film zdecydowanie odróżnia się od filmów z epoki. Mimo, że efekty specjalne i scenografia są odpowiednio wytłumione przez specyficzne ujęcia to jednak stopień teatralności i sztuczności jest zdecydowanie niższy niż był w latach 20. Co oczywiście wpływa dodatnio na przystępność „Artysty”. Dobrze też wypadają motywy filmu w filmie, a ze względu na tematykę jest ich tu sporo.

W czasach, w których dzieje się akcja filmu, do kina chodziło się nie na film, a na aktora. azwisko aktora pojawiało się na ekranie przed nazwiskiem reżysera i tytułem filmu. W epoce kina dźwiękowego dawni „bogowie” odeszli w zapomnienie. Także dlatego, że sami nie byli w stanie pogrzebać dotychczasowego warsztatu i odnaleźć się w nowym stylu grania. Aktorom w „Artyście” przyzwyczajonym do filmów mówionych udało się bardzo dobrze „przestroić” w drugą stronę. Na pierwszym planie błyszczą Jean Dejardin i Berenice Bejo. U Dejardina zasłużony Oscar co jest rzadkością w przypadku aktorów, którzy z trudem dukają po angielsku. Ale w filmie takim jak „Artysta” pokazał prawdziwy kunszt aktorski bez użycia słów. Jego charyzma i urok osobisty idą parze ze znakomitym warsztatem. Chociaż rola była trudna bo – jak wspomniałem – wymagająca balansowania na granicy stylizowanej ekspresji i oczekiwań współczesnych widzów. Perełkami są epizody aktorów współczesnych, ale z tak znaczącym dorobkiem, że aspirujących o miano legend kina dźwiękowego jak Malcolm McDowell, John Goodman, czy James Cromwell.

To co decyduje o wyjątkowości „Artysty” to przede wszystkim jego forma. Michel Hazanavicius podjął ryzykowną decyzję tworząc film z jednej strony zgodny ze wszystkimi regułami zawartymi w każdym podręczniku dla filmowców. Z drugiej złamał znaczący trend do jak najdalej idącego unowocześniania produkcji.

Ryzyko się opłaciło. Powstał wyjątkowy film, w którym wszystkie elementy układanki są na swoich miejscach. A całość spodoba się zarówno koneserom kina niemego, dla których „Artysta” będzie miłą ciekawostką, jak i dla laików, którzy być może pod wpływem tego filmu zechcą sięgnąć głębiej do historii kina.

Być może trochę mylnie oceniłem we wstępie dzieło Hazanaviciusa wykluczając je z grona „ambitnych”. Ktoś mógłby przecież uznać wszystkie klisze i hollywoodzkie chwyty za czynności mające na celu pokazanie w odpowiednim świetle świat kina, a sam film potraktować jako uniwersalną przypowieść o pojmowaniu sztuki. O tym co ją powołuje do życia, a co zabija. I czym w ogóle jest sztuka? Czy „Artysta” to sztuka? Z pewnością nie jest to film dla snobów karmiących sie wyłącznie tym co trudne w odbiorze. „Artysta” jest filmem przeznaczonym na duży rynek, dla widzów, którzy przywykli do innych oscarowych produkcji… Ale czy można uznać za wadę filmu to, ze się go przyjemnie ogląda?

Artysta(The Artist)
Belgia, Francja 2011
Reż. Michel Hazanavicius
Wyst. Jean Dejardin, Berenice Bejo

Autorem tekstu jest Wojciech Becla